Home Doświadczenia Zagrożenia
Zagrożenia

Największym zagrożeniem moich roślin jest rudy kocur Filemon, który uwielbia podgryzać storczyki. Ma przy tym swoje upodobania co do rodzaju, a czasem nawet gatunku. Najbardziej lubi oncydia, zygopetala, epidendra, cymbidia oraz karleje, ale tylko młode przyrosty, nie rusza natomiast falenopsisów. Także planując ustawienie roślin w domu muszę brać pod uwagę podatność na atak kota i te bardziej smaczne ustawiać wyżej lub za niejadalnymi.

 


Przy kilkudziesięciu roślinach jakie posiadam dużym zagrożeniem jest wprowadzanie do kolekcji nowych okazów. O ile szkodniki, takie jak wełnowce, przędziorki, tarczniki itp. można przy pewnej wprawie wypatrzeć, o tyle infekcji drobnoustrojami najczęściej nie widać. Rośliny uprawiane w optymalnych warunkach w szklarniach u producenta nie muszą dawać żadnych objawów chorób, ale przeniesione do domu, gdzie wilgotność powietrza jest mniejsza i gdzie warunki zazwyczaj są zupełnie inne niż miały dotychczas, zaczynają chorować. Łatwo takie infekcje przenieść na pozostałe rośliny i uprawa się załamuje.

 

 

 

Miałam taki problem z roślinami, które przyjęłam, bo znajomy likwidował szklarnię, z powodu sprzedaży domu i przeprowadzki do innego miasta. Dostałam prawdziwego konia trojańskiego. Zaczęły chorować głównie katleje, którym gniły nowe przyrosty, jak również inne „oncidiowate”, którym gniły całe pseudobulwy. Choroba przeniosła się na inne rośliny. Najgorszy był rok 2006, kiedy to było bardzo upalne lato. Ekstremalnie wysokie temperatury spowodowały, że choroba się ujawniła i rośliny zaczęły gnić. „Oncidiowate” poszły do śmieci, ale „katlejastych” było mi żal wyrzucać. Dzięki jednej kobiecie o dobrym sercu (pozdrawiam Cię Aniu F. serdecznie), która bezinteresownie przysłała mi antybiotyk Timentin z instrukcją stosowania, moje katleje  żyją i kwitną do dziś.

Oddzielną kwestią pozostaje jakość roślin, które są masowo sprzedawane na naszym rynku. Podobno falenopsis, żeby przynosił dochody, musi zakwitnąć i zostać sprzedany już po 9 miesiącach od posadzenia. Normalnie w naturze zajmuje to roślinie 2-3 lata, czasem dłużej. Łatwo sobie wyobrazić, jak te młode roślinki są „napchane” chemią i hormonami, żeby przyspieszyć ich rozwój. Często też pierwsze młodzieńcze kwitnienie o mało nie zabija tych roślin. Nagle po kilku tygodniach kwitnienia zaczynają więdnąć im liście, bez żadnej przyczyny roślina zaczyna marnieć. Najlepszym sposobem na uratowanie jest obcięcie pędu kwiatowego (kwiaty mogą nawet kilka tygodni stać jeszcze w wazonie). Wybór: kwitnienie albo życie? wydaje się prosty. Najczęściej po kilku dniach roślina dochodzi do siebie, a po roku odpoczynku, zakwita ponownie, już bez żadnych przykrych niespodzianek.

Sporym zagrożeniem dla niektórych roślin jestem też ja sama. Potrafię zabić każde Dendrobium, niezależnie czy jest ciepło-, czy zimnolubne. Jedyne jakie u mnie żyje, zupełnie nie wiem dlaczego, to maleńkie Dendrobium kingianum o malutkich, intensywnie pachnących fioletowych kwiatach. Do tej pory nie udało mi się zabić żadnego sabotka, dlatego też uważam je za najłatwiejsze i najmniej wymagające storczyki. Ładnie rosną i kwitną niezawodnie. Błędy w uprawie wybaczają też katleje.

 


 

Niektóre storczyki zwyczajnie sobie odpuszczam. Tak było z Cymbidium. Przez trzy lata walczyłam z przędziorkami, w końcu doszłam do wniosku, że nie jestem w stanie zapewnić im odpowiednich warunków podczas zimowania. Tak samo było z Miltonami, które miały u mnie za sucho. Zamiast walczyć o storczyki, które uparcie nie chcą u mnie rosnąć, zastępuje je takimi, które w moich warunkach czują się dobrze.

Należy przejść do porządku dziennego nad faktem, że niektóre rośliny się traci, a im ma się ich więcej, tym więcej się ich traci. Wszyscy storczykarze potwierdzają, że tracą 5 do 10 % swoich roślin każdego roku. Daje to też pewne możliwości. Zawsze jest jakieś miejsce na zastąpienie rośliny jakimś nowym cudem.